„Czas triumfu i radości…”

 

Czas triumfu i radości nadejdzie szybko, PiS się sypie, ponieważ zapowiadany umiar, pracowitość, pokora zamieniły się w chamstwo, pazerność, chciwość i pogardę dla człowieka prostego. A jak napisał poeta: „który krzywdzisz człowieka prostego, nie bądź bezpieczny”…

Pierwszy czarny marsz wywołany pierwszym podejściem PiS do sprawy aborcji stał się dla mnie przełomem. Do akcji ruszyli spontanicznie ludzie dobrej woli, którzy chcieli powiedzieć PiS-owi – stop! Są granice ograniczania wolności. Nie będzie nad Wisłą ciemnogrodu, nie będzie fundamentalizmu religijnego, nie będzie dominacji jednego Kościoła nad innymi wyznaniami, nad niewierzącymi. Nie wyrażamy zgody na autorytarne rządy. Później dołączyły do „czarnych marszów” inne ruchy obywatelskie takie jak KOD czy Obywatele RP.

Opozycja i gros świadomego społeczeństwa było jednak w swego rodzaju letargu, trwało w osłupieniu po PiS-owskim Blitzkriegu, panowała depresja, poczucie niemocy, braku sensu działania, no bo ich prezydent, ich premier, ich rząd, w parlamencie triumf monopartii, a nad tym wszystkim żoliborsko-nowogrodzki szeregowy poseł żądny krwawej zemsty za zamordowanie brata, brata, prezydenta tysiąclecia, najwybitniejszego męża stanu, de facto przywódcy Solidarności, której nominalny twórca i przywódca był zwykłym Bolkiem – rzezimieszkiem.

Opozycja zajmowała się wyłącznie sama sobą, dokonywała aktów strzelistych w postaci wyjazdów na Maderę z niesakramentalnie niepoślubionymi kobietami, pączkowała przez podział. PO atakowało Nowoczesną, Nowoczesna PO, PSL był zdystansowany, SLD kojarzyło się głównie z żółtym sweterkiem i żalami do Zandberga oraz Nowackiej, a ci z kolei mieli żal do siebie i do SLD. Leszek Miller starał się być oryginalny w swoich wypowiedziach, ale wychodziło niespecjalnie, szczególnie po wystawieniu tytanki intelektu Ogórek jako kandydata lewicy w wyborach prezydenckich. Generalnie obraz niemocy, nędzy i rozpaczy. A PiS szalał. Tak gwałtownie demolował Polskę, w takim tempie, że po prostu ręce opadały.

W dyskusjach Polaków przeciwników PiS twierdzono, że nic nie można, że PiS będzie rządził przez kilka kadencji, pewnie kiedyś ten koszmar się skończy, ale my, dzisiejsi pięćdziesięcio i sześćdziesięciolatkowie raczej tego nie doczekamy, a jeśli doczekamy to jako weseli, z demencją staruszkowie i nie będzie to miało już dla nas większego znaczenia.

Zemsta PiS na reżimie UE

Ale PiS nie jest bezbłędny, nawet jeśli oni (bo to są „oni”) sami w to wierzą. Projekt PiS polegał na odczytaniu myśli i uczuć środowisk mniej lub zupełnie nieelitarnych, ludzi sfrustrowanych, pomijanych, mniej zdolnych, mniej przedsiębiorczych, gorzej wykształconych, zakompleksionych, nieznających świata lub znających ten świat wyłącznie z tanich linii lotniczych oraz wczasów „last minute”. Ci ludzie po pierwszej radości z upadku komuny, nasyceniu się tym, że nie ma kartek, że elity PRL-owskie dostały w kość, że w sklepiku wiejskim jest wszystko co potrzebne na co dzień, najtańsze piwo, a ksiądz miejscowy nie jest już „represjonowany” i można słuchać mszy w radiu, a w każdej uroczystości państwowej od szczebla centralnego po gminny bierze udział osoba duchowna, prawie wyłącznie z Kościoła katolickiego, zaczęli odczuwać frustrację, ponieważ zobaczyli, że nowe elity mają jeszcze lepiej, że nie latają tanimi liniami, tylko „normalnymi”, że piją drogie wina i whisky, że jedzą ośmiorniczki, a kolacja kosztuje tyle co ich renta, że podróżują po świecie, a nie tylko do Hurghady czy innego hotelu *** z „all inclusive”, że jeżdżą innymi samochodami niż wyklepany, piętnastoletni golf ze szrotu.

PiS to świetnie odczytał, dodał „nadbudowę” w postaci nacjonalizmu, wroga zewnętrznego roznoszącego pasożyty i niebezpieczne zarazki i „głębokiej, ale teologicznie mocno zubożałej, polskiej religijności” w postaci kołysania się przy dźwiękach ulubionej piosenki JP II – „Barki”.

Wreszcie dał satysfakcję niezbędną środowiskom nieelitarnym, czyli państwową zemstę na elitach. I to zemstę charakterystyczną dla wszystkich rewolucji, bo zemstę poniżającą beneficjentów czasów minionych – „reżimu UE i PO”.

Ja, jako lekarz…

Od pierwszego Czarnego Marszu, od wielkiej demonstracji KOD w Warszawie uparcie twierdzę, że upadek PiS będzie bardzo spektakularny i zaskakująco szybko nadejdzie. Opieram swoje przekonanie nie na głębokich dywagacjach filozoficzno-ekonomiczno-historyczno-politycznych czy byciem ekspertem od wszystkiego, ale na podstawie obserwacji ludzi, jaką daje mi wykonywanie zawodu. Nie wszyscy ci ludzie stanowią wysublimowaną elitę społeczeństwa, ale od wszystkich można się czegoś nauczyć. Czasem nawet tego, jak nie należy postępować i do jakiego stanu nie należy się doprowadzać.Obserwuję, jakie gazety leżą na stolikach przyłóżkowych i jaki program płatnej telewizji jest włączony na sali chorych. Otóż może to wywołać szok warszawskich elit, ale na ich stolikach prawie nigdy nie widzę Wyborczej, Polityki i Tygodnika Powszechnego i prawie nigdy nie oglądają TVN.

W osiedlowym sklepiku główne zakupy to paczka papierosów, „małpeczka”, najtańsze piwko, zawierająca proste węglowodany, najtańsza bułka i do tego baton-słodki i bez żadnej wartości odżywczej.W saloniku prasowym kupują głównie kupony Lotto lub innych gier, których nazw nawet nie pamiętam. Wydają na tę ułudę bogactwa i „pańskiego życia bez wysiłku” często po kilkadziesiąt złotych polskich. I to wydają z bieda-rent i bieda-emerytur.

Zniesmaczenie nie elit

Takie obserwacje „prostego ludu” pozwalają mi sformułować wniosek, że istnieje pewna bariera i granica akceptacji wstydu i pozwolenia na oszukiwanie samych siebie. I ta granica została przez PiS przekroczona. Pazerność ludzi PiS-u, taka ludowo-przaśna pazerność nuworyszy, ludzi, którzy w najbardziej optymistycznych snach nie mogli nawet marzyć, że znajdą się w tym miejscu, w którym się znaleźli, że będą mieli ochroniarzy i samochody z kierowcą, że pokażą ich kamery i będą mieli pod nosy podtykane mikrofony, czyli kariery typu z „apteki w Łomiankach na salony”, salut wyprężonych pułkowników i generałów, spowodowała zniesmaczenie nawet prostych ludzi, nawet beneficjentów 500+.

No i po drugie, obudziła się wreszcie opozycja, zaczęła się łączyć, a nie dzielić, zaczęła podejmować wspólne inicjatywy, wystawiać wspólnych kandydatów w wyborach i najważniejsze, zaczęła do ludu mówić językiem ludu, a nie warszawskich salonów. Przestano przekonywać do Zygmunta Baumana, którego lud nie zna i go nie obchodzi, zaczęto używać właściwego języka komunikacji: afera, wiele afer, afera SKOK, premie i nagrody, złodzieje, koryto, dorwali się do koryta, objęli państwowe posady, obciach w Europie, USA przeciw nam, nie przyjmą Dudy i Morawieckiego, wojna ze wszystkimi, pazerni księża pedofile itd.

PiS każdego dnia daje dziesiątki i setki powodów do obciachu. Bo to rzeczywiście prostacy, wyrażający ludowe cwaniactwo, „polską zaradność”, chciwość tu i teraz, knajacki język.Misternie budowane sensacje i afery, jak choćby zamach smoleński sypią się w proch i pył i aktualnie nawet najprostsze jednostki już w dywagacje Macierewicza i jego mniej niż żałosnych ekspertów jak Berczyński, Nowaczyk czy Binienda, nie wierzą.

PiS się sypie

A jednak dzień, kiedy na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” zobaczyłem triumfalną wiadomość „12 proc. mniej”, serce we mnie zamarło. Bo to, że PiS pada, to oczywiste. Ale właśnie teraz musimy być jak niemieccy piłkarze. Walczyć do ostatniej minuty, nie podnosić rąk do góry, koncentrować się, trzymać nerwy na wodzy, odrzucać radość ze zwycięstwa, którego jeszcze nie ma. Ono jest zapewne bardzo blisko, bo nawet ludzie prości nie tolerują, kiedy ktoś sobie z nich drwi, ośmiesza i nakłada na ich barki bagaż obciachu. Ale ręce w górze będą po wyborach, kiedy PiS zostanie odsunięty od władzy,

Funkcjonariusze pisowskiego reżimu zaczną walczyć zwyczajnie o siebie. Przecież część z nich będzie siedzieć. Ci nieprawnie ułaskawieni, ci łamiący Konstytucję, ci wycinający lasy, policjanci służący partii, a nie Polsce, Państwu i Konstytucji, służalczy sędziowie, służący Ziobrze, a nie prawu czy nawet prezesi państwowych spółek, opóźnieni wiekowo absolwenci wieczorowych szkół parawyższych w Radomiu, którzy wujów okradali w młodości.

A więc nie czas na triumfalizm. Nie czas na ręce w górze, tak jak Błaszczykowski w 89. minucie meczu w Gdańsku z Niemcami, kiedy schodził z boiska w wyniku cwaniackiej, taktycznej zmiany, by po minucie leżeć w rozpaczy na murawie, kiedy Niemcy doprowadzili do remisu.

Czas triumfu i radości nadchodzi, zbliża się bardzo szybko, PiS się sypie, ponieważ zapowiadany umiar, pracowitość, pokora, zamieniły się w chamstwo, pazerność, chciwość, pogardę dla człowieka prostego. A „który krzywdzisz człowieka prostego, nie bądź bezpieczny”, jak pisał Wielki Poeta!

Nie czas na zamianę depresji na triumf. Czas jest na pracę i na bycie przyzwoitym, jak mawiał Bartoszewski i czas na to, co ważniejsze od życia, czyli wolność, jak mawiał Marek Edelman.

Maciej Michalik, prof. UWM w Olsztynie