Unia Pracy – Dolny Śląsk

Unia Pracy

Unia Pracy – Dolny Śląsk - Unia Pracy

60 Rocznica Poznańskiego Czerwca’56

 

KOMUNIKAT

UNII PRACY I BIAŁO – CZERWONYCH

W SPRAWIE 60 ROCZNICY POZNAŃSKIEGO CZERWCA ’56

60 lat temu robotnicy poznańskich zakładów pracy upomnieli się o godność i szacunek dla ich ciężkiej pracy.

Lekceważenie praw pracowniczych, niskie wynagrodzenia za pracę, wyśrubowane normy produkcji,złe warunki pracy, niesłuszne naliczanie podatku od przodowników pracy i pracowników akordowych, arogancja kierownictw zakładów pracy, brak reakcji na postulaty pracownicze resortu przemysłu i kierownictwa PZPR spowodowało podjęcie strajku robotników Zakładu Przemysłu Metalowego im. H. Cegielskiego i innych dużych poznańskich zakładów pracy, a następnie wyjście na ulice miasta, przybierając rozmiary powstania.

Był to pierwszy w powojennej historii Polski, a nie ostatni masowy protest klasy robotniczej skierowany przeciw rządzącym za elementarne łamanie i lekceważenie praw pracowniczych, poniżanie, szykanowanie, zastraszanie, pozbawianie godności osobistej. Czerwiec’56 to lekcja historii, z której powinni wyciągać wnioski obecne i przyszłe pokolenia Polaków, rządzący i rządzeni. W dalszym ciągu naruszane są elementarne prawa pracownicze, łamany kodeks pracy, a nawet Konstytucja RP. Respektowane jest nagminne stosowanie tzw. „umów śmieciowych”, zatrudnianie „ na czarno”, stosowanie najniższych stawek godzinowych za pracę, zatrudnianie w godzinach nadliczbowych, bez należytej zapłaty, przyjmowanie na staże pracownicze bez wynagrodzenia.

Unia Pracy i Biało – Czerwoni chylą czoła przed Bohaterami tamtych, pamiętnych wydarzeń Czerwca’56.

Cześć i Chwała Poległym, Cześć i Chwała żyjącym Bohaterom!

Aleksandra Popławska – Biało – Czerwoni

Waldemar Witkowski – Unia Pracy

Warszawa, 28 czerwca 2016 r.

 

Z bloga Józefa Pawłowskiego.

 

Gdzie jesteś lewico?

21 Czerwiec 20162 komentarzy

Któregoś dnia znalazłem się w centrum Jeleniej Góry (jestem mieszkańcem Cieplic). Tu zatrzymał mnie młody człowiek grzecznym dzień dobry i zapytał – Czy jeszcze jest jakaś lewica w naszym mieście? Zmusił mnie tym do zajęcia się tematem, który od jakiegoś czasu przestał mnie w ogóle interesować, bowiem polska lewica już jakiś czas temu zaliczyła totalną padaczkę i nie widać by się z niej zamierzała (mogła) podnieść. A jeleniogórska…?

Od dawna nie przydarzył mi się kontakt z jakąś żywotna lewicą, co jest szczególnie bolesna, a jedynie z taką, która już ledwie dyszy, a to wyjątkowo martwi. Tym bardziej, że dzieją się rzeczy, na które powinna jakoś zareagować. Ale gdzie jej szukać, gdzie jest?

Ważne to pytanie na chwile przed szczytem NATO w Warszawie; ważne było w czas natowskich ćwiczeń „Anakonda -16″. Były to największe manewry wojskowe w Polsce po 1989 r. Wzięło w nich udział ponad 31 tys. żołnierzy z 24 krajów, w tym ok. 12 tys. z Polski. Uczestniczyło w nich 3 tys. pojazdów, ponad 100 samolotów i śmigłowców oraz 12 okrętów. Miały zademonstrować zdolność NATO do obrony – ćwiczono… obronę przed zakamuflowanym atakiem ze strony potencjalnego agresora, działającego w sposób przypominający taktykę Rosji przyjętą przez nią podczas zaanektowania Krymu na wiosnę 2014 roku. Oczywiście okrzyknęliśmy je wielkim polskim sukcesem.

A moim zdaniem, potrzebna jest jakaś alternatywa dla narastającego polskiego i europejskiego militaryzmu, który w Polsce wszyscy świętują niczym koniec wojny, a nie jej potencjalny początek. Mogłaby nim być organizacja czegoś w rodzaju „antyszczytu” (takie alternatywne imprezy towarzyszą szczytom NATO od 2009 r.), a takowy solidarnie zbojkotowały wszystkie partie polskiej lewicy, od SLD po Razem, co samo w sobie jest dość intrygujące.

Zresztą polska debata publiczna na temat NATO jest absolutnie sparaliżowana przez swego rodzaju szantaż – kto nie z nami, ten z Putinem. Wyklucza to jakikolwiek dyskurs i powoduje, że Polska jest w absolutnej awangardzie narastającego militarystycznego obłędu, bowiem nasze myślenie zdominowane jest przez dość megalomańskie przekonanie, że Putin nie śpi po nocach, snując plany zbrojnego najazdu na Rzeczpospolitą. Natomiast zachodnie środowiska pacyfistyczne sądzą, iż kwitnący ostatnio rozwój natowskiego militaryzmu prowadzi w prostej linii do koncentracji pewnej masy krytycznej, powyżej której wojna będzie nieunikniona – NATO potrzebuje wojny tak samo, jak Drakula potrzebuje krwi – tak to odczytują.

A co się stało z ruchem pacyfistycznym? Gdzie podział się zdrowy strach zwykłych obywateli demokratycznych państw Zachodu przed zbrojną konfrontacją? W latach 50. ruch antynuklearny zebrał 35 mln podpisów pod petycją w sprawie zakazu broni jądrowej; w latach 60. protesty przeciw wojnie w Wietnamie zmieniły oblicze Ameryki; 12 czerwca 1982 r. w Nowym Jorku milion ludzi wyszło na ulicę (a konkretnie do parku), żeby żądać zaprzestania wyścigu zbrojeń. Dlaczego dziś – gdy sytuacja międzynarodowa daje powody do głębokiego niepokoju – ruch antywojenny, tak charakterystyczny dla Lewicy, jest rachityczny i bezzębny? Dlaczego lewica milczy? Cdn

Gdzie jesteś Lewico? Cd.

22 Czerwiec 2016Dodaj komentarz

Wielu ludzi przestało wierzyć w dialog jako formę rozwiązywania sporów. A jeśli nie wierzy się w rozwiązywanie konfliktów na drodze dialogu, to trzeba wierzyć w siłę. W Rzeczpospolitej – gdzie przekonanie, iż… armia polska jest zwycięska i nie odda ani guzika, stanowi element narodowej tożsamości. Natomiast kwestia długości ewentualnego oporu przed nawałą ze wschodu pomijana jest taktownym milczeniem. Podobnie zresztą jak pytanie: Ile w tej sprawie zmieni jeden amerykański batalion w Redzikowie? To pozwala wnioskować, iż ci wszyscy, którzy zajmują się sianiem paniki, w istocie rzeczy rozumieją, że żadna nawała nam nie grozi – w przeciwnym razie trudno sobie wyobrazić powyższe, poważniejsze i bardziej aktualne pytanie. Ale narracja… musimy się zbroić, żeby się obronić przed Rosją nie odwołuje się do rozsądku, tylko do emocji i każdy, kto ją kwestionuje – czy to poprzez krytyczny stosunek do sojuszu, sojuszników i 2% PKB na wojsko, czy to podając w wątpliwość wizję „wroga u bram” – naraża się na etykietę agenta Moskwy. Mnie już nim ogłoszono.

Jedną rzecz chciałbym podkreślić: nie ma żadnych rozbieżności w świecie polityki, wszyscy mówimy jednym głosem. Jeżeli chodzi o kwestie wzmocnienia wschodniej flanki NATO, zwiększenia obecności wojsk sojuszniczych w Polsce, jest tutaj dzisiaj absolutna jednomyślność na całej scenie politycznej, co ja jako prezydent przyjmuję z wielką satysfakcją – radował się pisowski prezydent po ostatnim posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

Nie powinniśmy teraz podgrzewać atmosfery przez potrząsanie szabelką i wznoszenie wojennych okrzyków. (…) Musimy zważać, żeby nie dostarczać żadnych pretekstów do ożywienia dawnej konfrontacji – oświadczył na to dictum szef niemieckiej dyplomacji. – Myli się ten, kto uważa, że zwiększy bezpieczeństwo uciekając się do symbolicznych parad czołgów na wschodniej granicy Sojuszu. Wykorzystajmy szansę, jaką daje rozbrojenie. Byłoby dobrze, gdybyśmy nie dostarczali za darmo pretekstów do odgrzewania dawnych konfrontacji – dodał. Zgubne byłoby… zawężanie spojrzenia do aspektów militarnych i szukanie zbawienia jedynie w polityce odstraszania. Historia uczy, że oprócz wspólnej woli do obrony musi istnieć gotowość do dialogu i kooperacji – napominał i opowiedział się za podjęciem z Rosją dialogu o korzyściach płynących z rozbrojenia i kontroli zbrojeń dla bezpieczeństwa w Europie. Jak podkreślił, należy włączyć Rosję do… międzynarodowego partnerstwa odpowiedzialności, obejmującego m.in. takie zadania jak: niedopuszczenie do powstania irańskiej bomby atomowej, walkę z radykalnym islamem na Bliskim Wschodzie i stabilizację struktur państwowych w Libii.

Oto głos rozsądku, do którego Lewica winna się odwoływać, krytykując jednocześnie decyzje ministrów obrony państw NATO – wzmocnienie wschodniej flanki i rozmieszczeniu czterech batalionów w Polsce i krajach bałtyckich: na Litwie, Łotwie i Estonii (ostateczne mają zostać ogłoszone na szczycie Sojuszu 8 i 9 lipca w Warszawie). I co ty na to Lewico? Gdzie jesteś?

Od administratora: Autor jest sympatykiem Unii Pracy.

 

Współwinna…?

fot.

Lewica współwinna wygranej PiS? Rafał Woś: wy jednak nic nie zrozumieliście!

Byliśmy głupi! – bił się w piersi jeszcze nie tak dawno temu Marcin Król. Dziś po tamtej samokrytycznej atmosferze nie ma już jednak śladu. Przeważająca część establishmentu III RP znów nie ma sobie nic do zarzucenia. A ich zdaniem PiS spadł nam z kosmosu – pisze Rafał Woś dla Wirtualnej Polski.

Dobrze to już było! Kiedy? Oczywiście za Kwaśniewskiego! – te słowa wygłosił w sobotę nie kto inny, jak… Aleksander Kwaśniewski. Były prezydent mówił to niby pół żartem. Ale dobrze wyczuł nastroje sali, która nagrodziła go gromkimi oklaskami. Audytorium było oczywiście specyficzne. Rzecz miała miejsce przy okazji otwarcia I Kongresu Progresywnych Organizacji Pozarządowych. Które to tajemnicze przedsięwzięcie okazało się po bliższym spojrzeniu mieszanką „starego SLD” (miejsca w pierwszych rządach zajęli Sławomir Wiatr, Longin Pastusiak, Robert Kwiatkowski czy Ryszard Kalisz). Oraz kilku młodszych pogrobowców nieudanego projektu Zjednoczonej Lewicy.

Problem w tym, że słuchając Kwaśniewskiego można było odnieść wrażenie, że polityczna lewica ma się w Polsce świetnie. A jej największe zmartwienie polega na tym, że w trakcie minionego 27-lecia… osiągnęła zbyt wiele. Więc się ludziom trochę opatrzyła. To znudzenie wykorzystali zaś „populiści” i zaczęli ów „wielki sukces” polskiej lewicy demontować. Ta ocena sformułowana przez byłego prezydenta była nie tylko samochwalcza, lecz również zwyczajnie nieprawdziwa. Zabrakło w niej bowiem tak wielu elementów otaczającej nas rzeczywistości, że aż postanowiłem je ponumerować.

Punkt pierwszy to neoliberalizm. Ten pojawiał się kilkakrotnie. Szkoda tylko, że Aleksander Kwaśniewski nie dostrzegł, iż to on i jego partia byli tegoż neoliberalizmu największymi budowniczymi. Bo przecież to nie Leszek Balcerowicz doprowadził do uśmieciowienia i prekaryzacji polskiego rynku pracy. Tylko SLDowski superminister Jerzy Hausner! A de facto liniowy i maksymalnie regresywny podatek otwierający na dodatek drogę do plagi sztucznego samozatrudnienia to z kolei dzieło innego „socjaldemokraty” – Grzegorza Kołodki. Dodajmy jeszcze do tego niechęć SLD do podatków majątkowych i kapitałowych, a dostaniemy prawdziwego winowajcę wielu dzisiejszych problemów z polską gospodarką.


Wszystkie te zjawiska nie zdarzyły się postkomunistom tak po prostu. Tylko były elementem pewnego kluczowego wyboru. I to jest punkt drugi. Bo SLDowska „lewica” stanęła po roku 1989 zdecydowanie po stronie zwycięzców transformacji. Do przegranych odwołując się tylko w czasie kampanii wyborczej. A i to nie zawsze. SLD wolało więc rozwijać czerwony dywan przed biznesem zaniedbując pracownika. Wspierając przy okazji przekonanie, że skoro ktoś odniósł komercyjny sukces to znaczy, że widocznie jest lepszy, bardziej pracowity albo przewidujący. Taka lewica wspierała więc dokładnie to przed czym powinna była się bronić i co należało w życiu publicznym tępić.

Po trzecie lewicy Kwaśniewskiego i Millera ani przez myśl nie przeszło, że to właśnie ich zadaniem było szukanie alternatywnego podejścia do takich zjawisk jak globalizacja. Okej, był to czas, kiedy nawet zachodnioeuropejska socjaldemokracja (tzw. koncepcja trzeciej drogi Blaira i Schrodera) miała z globalizacją olbrzymi problem. To znaczy zbyt łatwo uwierzyła w neoliberalny dogmat, że jak liberalizacja międzynarodowego handlu się zatrzyma to czeka nas nowa światowa wojna albo coś jeszcze gorszego. Nasi „lewicowcy” byli jednak na tym polu jednak wyjątkowo bezrefleksyjni. I do dziś wręcz domagają się odznaczeń za wyjątkową gorliwość we wprowadzaniu u nas w życie tzw. konsensu waszyngtońskiego. A więc wyjątkowo szkodliwego zestawu rad (zdereguluj, sprywatyzuj, obetnij wydatki…), którymi karmiono nas przez całe minione ćwierćwiecze. Podlewając to jeszcze sosem technokratyzacji polityki gospodarczej.


Po czwarte wreszcie to postkomuniści jako pierwsi dokonali autentycznego skoku na państwo. Tworząc swym niepohamowaniem w jego zawłaszczaniu precedens z którego korzystali potem wszyscy kolejni rządzący: najpierw PO i PSL, a od jesieni również Prawo i Sprawiedliwość.

Słuchanie Kwaśniewskiego było również rodzajem interesującego politycznego deja vu. Do złudzenia przypominało bowiem argumentację wysuwaną od kilku miesięcy przez nowych liderów Platformy Obywatelskiej z Grzegorzem Schetyną na czele. Bo wygląda na to, że tam też samorefleksja (jeśli w ogóle zachodzi) ogranicza się w zasadzie do wytykania sobie przez zwaśnione strony koterię błędów w sferze technologii politycznej. Czyli że na przykład Kopacz wypadała blado w mediach, a Komorowski za późno wziął się do kampanijnej roboty. Przy tym ani słowa o meritum. Czyli o:

Po pierwsze, błędnej filozofii dużych platformerskich reform państwa. Która doprowadziła do rozpanoszenia się logiki rynkowej tam, gdzie być jej nie powinno (szpitale, szkolnictwo wyższe, outsourcing usług publicznych). Albo jeszcze bardziej zderegulowała i tak już do bólu elastyczny rynek pracy w Polsce (tzw. deregulacja ministra Jarosława Gowina)

Po drugie, o zbyt późnym rozpoczęciu walki z patologiami rynku pracy i systemu podatkowego (zmierzył się z nimi w zasadzie dopiero rząd Ewy Kopacz). Co sprawiło, że na słuszne skądinąd postulaty nie starczyło już Platformie czasu.


Po trzecie, o zawłaszczaniu przez liberałów instytucji państwa (choć często w „białych rękawiczkach”). Oraz o cynicznym wykorzystywaniu strachu części elektoratu przed PiS-em, co Platformę niesamowicie rozleniwiło i zdemoralizowało.

Czy wreszcie po czwarte, o niedostrzeganiu całego szeregu problemów społecznych powstałych na tle nierównomiernego i niesprawiedliwego podziału owoców transformacji. Które nie zniknęły nawet wówczas, gdy establishment III RP ogłosił, iż minione 27 lat to najlepszy dla Polski czas od… epoki jagiellońskiej.

PostSLD i PostPlatformę prócz braku autorefleksji łączy dziś jeszcze jedno. I jedni i drudzy zdecydowanie najbardziej wolą koncentrować się na straszeniu PiS-em. Tak, jakby wciąż nie zdawali sobie sprawę, że to nie PiS im władzę zabrał. Tylko, że to oni Kaczyńskiemu tę władzę podali na tacy. To wszystko razem sprawia więc, że w szeregach opozycji najciekawsze i najbardziej inspirujące rzeczy dzieją się dziś poza dawnymi partiami (czy też ich prostymi kontynuacjami), a przynajmniej pomimo ich. A więc po stronie KOD-u i Razem (poza parlamentem) oraz w ruchu Kukiza (w Sejmie). Ale tego dawni prominenci w stylu Kwaśniewskiego czy Schetyny zdają się zupełnie nie rozumieć. Podobnie jak spora część opinii publicznej tęskniącej za przedPiSowskim status quo. Bo oni zdaje się wciąż niczego nie zrozumieli.

Rafał Woś dla Wirtualnej Polski

Od Administratora: Udział w tym ma również, a może przede wszystkim dotychczasowy lewicowy elektorat dający się nabrać przez Ryszarda Petru?