Unia Pracy – Dolny Śląsk

Unia Pracy

Unia Pracy – Dolny Śląsk - Unia Pracy

Wiwat Nowy, 2015 ROK!!!

Niech Nowy 2015 Rok pozwoli z ufnością spojrzeć w przyszłość, doda odwagi w pokonywaniu trudności dnia codziennego. Niech odkryje nowe nadzieje oraz spełni wszystkie marzenia i będzie rokiem spokoju, Rokiem satysfakcji i sukcesów. Wiwat 2015 Rok!!!

Nowy, 2015 Rok

Karol Modzelewski – Rewolucjonista

 

 

 

Donata Subbotko
22.11.2014 01:00
A A A Drukuj

Fot. Karol Serewis / East News
„Rano pierwsze słowa wymawiam po rosyjsku”. Rozmowa z prof. Karolem Modzelewskim, laureatem Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego za książkę „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”

 

DONATA SUBBOTKO: Panie profesorze, skręcamy w prawo?

KAROL MODZELEWSKI*: Spodziewałem się tego.

Bo na lewo nie ma nic ciekawego?

– Nie widzę w tej chwili w Polsce sensownej lewicy. Nie sądzę, żeby takim ugrupowaniem było SLD i na pewno nie jest nią Twój Ruch Palikota. Są drobne w sensie liczebności i struktur ugrupowania lewicowe wśród młodzieży, ale nie ma partii, która by mogła poważnie wpływać na politykę państwa.

Globalizacja i klimat ideowy naszych czasów rugują rozwiązania lewicowe, socjaldemokratyczne. Jeśli nawet lewica dochodzi gdzieś do władzy, robi to samo, co liberałowie, a nawet bredzi – jak bredzili Blair czy Schröder – że zrobi to samo, co liberałowie, tylko lepiej. Brak lewicy to nie jest wyróżnik Polski. Takie myśli panują nad dzisiejszym światem. Jest przyzwolenie na reguły gry pożądane z punktu widzenia globalnego kapitału finansowego. Ale może wreszcie to się skończy.

Pan ciągle wierzy w wolność, równość, braterstwo – że można mieć je wszystkie naraz?

– Nie wiem, czy można, nikomu się to dotychczas nie udało. Ale jak się nie ma tego wszystkiego naraz, to rodzi się bunt – zawsze.

Przed 1989 r. nie było w Polsce wolności, chwilami była równość i braterstwo, a od 25 lat mamy wolność, za to nie ma równości i braterstwa. Może to kwestia wyboru?

– Ale kto wybrał i za kogo wybrał?

Więc jak pan by wybrał?

– Ja bym wybrał wszystkie trzy.

No ale skoro nikomu na świecie to się nie udało?

– Trzeba próbować. W tym rzecz, że nikt nie spróbował.

Bo może to tylko utopia?

– No, byłem utopistą, wszyscy mamy skłonności do utopii. Gdybyśmy ich nie mieli, tobyśmy się zadowolili trwaniem w tym, co jest.

Jest jakieś państwo, którego ustrój trochę przypomina pana Królestwo Boże?

– Kraje skandynawskie. Są najbliżej mojego ideału, jeśli chodzi o sprawy społeczne, o opiekę. Tam jest sporo socjalizmu i etos z tym związany, który jest doktryną państwową.

Podobno nasza gospodarka goni Szwecję i wyprzedza Norwegię. Świat mówi, że Polska jeszcze nigdy tak świetnie się nie rozwijała.

– Nie jest to żaden argument. Nie trzeba tak słuchać świata, jest nami znacznie mniej zainteresowany, niż nam się wydaje. Świat o polskiej gospodarce nic nie mówi albo niewiele.

Polska gospodarka ma się przyzwoicie jak na to wszystko, co się zdarzyło. W czasie transformacji doszło do znacznego ubytku potencjału ekonomicznego i pozbawienia ludzi, których egzystencja na tym potencjale się opierała, trwałych podstaw egzystencji. Łączy się to z filozofią pozwalającą na dużą rozpiętość pozycji społecznych – przywilejów i upośledzeń. To są rzeczy, które mi się nie podobają.
Na początku lat 90. uważałem, że muszę próbować zbudować alternatywę dla polityki zwanej dzisiaj neoliberalną. To się nie udało. Kiedy zdałem sobie sprawę, że nie ma na to sił społecznych, wycofałem się z polityki w obszar nauki.

Od współczesności wolał pan średniowiecze?

– To trudno powiedzieć, że coś się woli, ale w tak zwanych normalnych czasach, spokojnych, chętniej zajmowałem się swoją robotą. Teraz nic nie robię.

Czyli co pan robi?

– Mam 77 lat. Wydarzenie to dla mnie wyjazd do Krakowa, żeby zobaczyć najmłodszego wnuka. Lubiłbym też pojechać na narty biegowe, ale mówią mi neurolodzy, że jako człowiek po udarze mózgu na nartach biegowych powinienem chodzić, nie biegać. Popływać trochę jeszcze bym chciał. Znarowiłem się za wolnej Polski i lubię Morze Śródziemne. Można powiedzieć, że jestem szczęśliwy. To szczęście ma wymiar osobisty, rodzinny.

Dawniej był pan rewolucjonistą.

– Jak jest wojna, to trzeba wojować.

Kiedy warto prowadzić wojnę?

– Gdy nie ma innego wyjścia. Chociaż o wartości trzeba zabiegać zawsze, niekoniecznie wojować.

Unia Pracy to było zabieganie o wartości?

– Tak, i odczułem to jako przegraną. Zrozumiałem, że nie ma aktywnych sił społecznych, które by stanęły za takim projektem, jaki ja miałem w głowie i bebechach. Nie było i nie ma potrzeby suwerennego upominania się o swoje w środowisku, które było naszą bazą społeczną we wczesnych latach 80.
Z profesorem Karolem Modzelewskim rozmawia Grzegorz Sroczyński: ”Za kapitalizm bym nie siedział ani o niego nie walczył”
Klasa robotnicza nie chce walczyć o swoje?

– Nie ma w niej takiej woli. Środowiska robotnicze są dzisiaj rozproszone, prawie nie ma wielkich zakładów, które były siłą uderzeniową. Czas „Solidarności” wyróżniał się ogromną aktywnością społeczną, a po stanie wojennym ci ludzie poczuli się złamani, zrozumieli, że ulegli przemocy – to trauma w życiu nie tylko osobistym, ale też zbiorowym. Stracić poczucie, że jest się suwerennym panem swojego losu. Trzeba nie wiem czego, żeby ono się na nowo pojawiło. Próby wskrzeszenia tamtego ducha okazały się nierealne.

Może klasy robotniczej po prostu już nie ma? Zostali tylko konsumenci o mniejszej lub większej sile nabywczej. Wielu ludzi kultury zarabia dzisiaj mniej niż np. tramwajarki warszawskie.

– W znacznej mierze klasa robotnicza przestała istnieć, bo robotnicy zostali zepchnięci na margines lub zasilili szeregi czegoś, co się nazywa prekariatem, przez analogię do słowa proletariat, które Marks zapożyczył ze starożytnego Rzymu. Prekariat to ci zatrudnieni na elastycznych formach zatrudnienia. Ludzie kultury też są prekariatem, bo ilu z nich pracuje na etatach? A czy są jeszcze robotnicy? Jest ich dużo mniej, niż było przed 1989 r.

Tak, społeczeństwa europejskie się zmieniły, nie tylko Polska. Wielka Brytania prawie zlikwidowała swój wielki przemysł, równie radykalnie jak my na początku lat 90. Francuzi też. Niemcy tego nie zrobili, opierali się. Określenie „klasa robotnicza” wywołuje dziś uśmieszek, a produkcja materialna jest pogardzana, chociaż bez niej żyć nie można. Ona nie znikła, tylko przeniosła się do świata, który dawniej nazywaliśmy trzecim – do Indii i Chin.

Dziś ten trzeci świat rozwija się najbardziej dynamicznie. Co by pan zmienił w Polsce, żebyśmy się włączyli w ten wyścig?

– W pierwszej kolejności system edukacji. Z przykrością to mówię, bo reformę edukacji przeprowadzali moi dobrzy koledzy, nawet przyjaciele. Wyrzuciłbym do śmietnika testy oraz zmieniłbym sposób finansowania i rozliczania badań naukowych. Testy opierają się na nieufności do nauczycieli, wprowadzają bezosobowe kryterium oceny. W uczniach należy wyrabiać samodzielność myśli – to jest najważniejsze.
Sam pan często odwołuje się do „kolektywu”.

– Coś takiego mi wpajano, kiedy w czasie wojny trafiłem do domu dziecka i przeszedłem radzieckie wychowanie, ale szczęśliwie stamtąd wybyłem. Dzisiaj w wychowaniu, myśleniu, nauczaniu postawiłbym na indywidualność.

Nie myślę o sobie jak o polityku, ale skoro pani pyta, to zmieniłbym też to, co stanowi zaporę przeciwko ruchliwości społecznej, co przekształca niską pozycję w hierarchii dochodów i drabinie społecznej w trwałe upośledzenie, czyli otworzyłbym ścieżki awansu przez edukację. No i poprawiłbym system opieki zdrowotnej. Na szczęście dotąd nie wprowadzono na tym polu powszechnej prywatyzacji, ale szedłbym w stronę przeciwną. Powinna być zachowana publiczna służba zdrowia, tego trzeba bronić.

Jestem krytycznego zdania o pomysłach podatku liniowego, one zresztą nie zostały zrealizowane, ale i tak zliberalizowano system podatkowy. Rząd Prawa i Sprawiedliwości wbrew hasłu „Polska solidarna” spłaszczył skalę podatkową i zredukował składkę rentową, co uważam za posunięcie złe, niesprawiedliwe i fatalne w skutkach dla budżetu.

Platforma, która obejmowała rząd jako partia uchodząca za liberalną, okazała się pragmatyczna. Miała parę posunięć, którym bym przyklasnął, np. wyjście z zastawionej na nasz budżet pułapki w postaci OFE. W ogóle nie przypierałbym teraz Platformy do ściany, ponieważ jest w sytuacji trudnej. Jeśli postawimy ją w obliczu różnych żądań, słusznych skądinąd, ale niełatwych do przyjęcia ze względu na rachunek korzyści i strat politycznych, to zmniejszymy jej szanse.
Adam Michnik o Karolu Modzelewskim: Karol z Krainy Rogatych Dusz. Opowieść o przyjaźni i rewolucji
Czyli kibicuje pan Platformie?

– Nie z miłości, tylko z rozsądku. To nie jest sympatia ideowa, lecz pragmatyczna. Uważam, że Platforma chroni nas przed popadnięciem w ryzykowne rozwiązania. Stanowi zaporę przed popadnięciem w pokusy państwa policyjnego, które u nas trwają. Wbrew pozorom demokrację mieliśmy nie taką dużą i nie taką długą, a chęci autorytarnego posługiwania się policją w czasie wolnej Polski trochę było. Ostatni przykład to tzw. afera podsłuchowa. Kiedy wybuchła, wszyscy się obruszali, jaki to skandal, że polityk zaklął albo powiedział, że polskie państwo jest niezdarne, chociaż sami tak mówimy. Dla mnie skandalem jest to, że podsłuch stał się argumentem w życiu publicznym. Komuna podsłuchiwała nagminnie, ale nie przyznawała się do tego, a teraz to patriotyczna cnota. Najgorsze w aferze podsłuchowej było to, że ktoś przestępczo podsłuchiwał, a w dodatku ktoś ten podsłuch upublicznił.

Po 1989 r. świat stał się lepszy czy gorszy?

– Mnie osobiście jest lepiej. Po upadku komunizmu robiłem to, co chciałem, i nie siedziałem po kryminałach. Jestem pełnoprawnym obywatelem, żyję w wolnym kraju. Ale nie wszyscy uważają, że jest lepiej.

Poza tym zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że wcale żeśmy się nie uwolnili od zagrożenia wojną w tym nowym zglobalizowanym świecie, przeciwnie. Wielkie potęgi państwowe starają się uzyskać kontrolę nad życiem gospodarczym, bo bez tego przestaną być potęgami – a w ich rękach wciąż znajdują się instrumenty władzy pozaekonomicznej, w tym instrumenty siły: armie, arsenały, policje. Trudno wyobrazić sobie osiągnięcie integracji politycznej w skali globalnej. Nowością jest groźba ze strony radykalizmu islamskiego, zwłaszcza w jego skrajnej postaci, to znaczy kalifatu.

Nas bardziej niepokoi to, co się dzieje na Ukrainie, i konsekwencje sytuacji, w której Rosja może nie będzie taką potęgą jak Związek Radziecki, ale jednak siłą o charakterze imperialnym. Podzielam geopolityczną koncepcję Giedroycia i Mieroszewskiego, że Ukraina jest kluczem do tego, czy Rosja powróci do tendencji imperialnych. To nie znaczy, że w najbliższych miesiącach grozi nam wojna, ale bezpieczni nie jesteśmy.

Imperium się odradza czy to jego ostatnie podrygi?

– Mądrzy ludzie to wiedzą, ja nie wiem. Ale Rosję trochę znam, rozumiem. Mnie się nie podoba ten rusofobiczny język, którym się w tej sytuacji posługujemy, a nawet establishment go używa. To źle działa na nasze społeczeństwo, w którym rusofobia jest urazowym schorzeniem świadomości narodowej, zrozumiałym historycznie, ale niedobrym dla naszej przyszłości, jak każda fobia.

Kim innym są Rosjanie, czym innym jednak imperium?

– Do pewnego stopnia. Bez postaw Rosjan oczywiście nie byłoby tendencji imperialnych. Aneksja Krymu spotkała się z przyjęciem entuzjastycznym. W którą stronę to pójdzie, zależy od koniunktur ekonomicznych. Pozycja Władimira Putina jeszcze przed Ukrainą i Krymem zbudowana została na tym, że on uwolnił Rosjan od panicznego lęku o codzienne życie. W czasach Jelcyna, o czym zapominamy, miesiącami nie płacono ludziom emerytur, pracownicy państwowi i robotnicy zakładów państwowych nie dostawali pensji, wschodnia potęga była bankrutem. Krach państwa Rosjanie kojarzą z rozpadem imperium, czyli pozrywaniem więzi ekonomicznych. To też jeden z elementów syndromu donbaskiego – większość tych ludzi mówi po rosyjsku i poczuwa się do związku z Rosją.

Pan, wychowany w wielkoruskim nacjonalizmie, rozumie Rosjan, którzy roszczą sobie prawa do Ukrainy?

– Rozumiem. Ale rozumieć to niekoniecznie podzielać. Na myślenie przeciętnych Rosjan wpływa zresztą typ kształcenia szkolnego. Uważają się za spadkobierców Rusi Kijowskiej. Kiedy nie było ani Ukrainy, ani Rosji, była Ruś, która miała dwa główne ośrodki – Kijów i Nowogród Wielki. Jeden z nich jest dzisiaj ukraiński, drugi – rosyjski. Wielu Rosjan uważa, że odebrano im to, co im się historycznie należy.

To, co Rosjanie robią z Ukrainą, jest reakcją obronną – bo nie tak żeśmy się umawiali. Jak wycofywaliśmy się z naszych zdobyczy w czasach Gorbaczowa i Jelcyna, to obiecaliśmy sobie na uszko, że Zachód nie będzie się tutaj wtryniał, tymczasem wyciąga po Ukrainę swoje brudne eurołapki, a Ukraina nie ma nic przeciwko.
Rozmowa z kijowskim ekspertem Walentynem Badrakiem: Rosja chce pogrzebać na Ukrainie idee demokracji

 

Ukraina chce demokracji, a Rosja nie. Dlaczego?

– Różnica między Rosjanami a zachodnimi Europejczykami polega na tym, że Europejczycy znają demokrację od pokoleń. Nawet Polacy mieli w 1989 r. doświadczenie demokracji parlamentarnej z lat 1918-26. A w Rosji kiedy była demokracja? Od lutego do października 1917 r. Rosjanie znają demokrację tylko z książek, filmów czy radia Swoboda. Ale potrzebę mają.

W 1991 r. przejeżdżałem z moim przyrodnim bratem Władimirem przez sowchoz Mamadysz w Tatarstanie. Chcieliśmy się napić herbaty lub kawy, ale nigdzie nie było. W końcu w jakimś barze kupiliśmy kompot z rodzynek, który młoda dziewczyna nalała nam chochlą do szklaneczek po musztardzie. Brat pożyczył od niej nóż, żeby pokroić kiełbasę i chałkę. W zamian dał jej trochę czekoladek. Na to przybiegły jej koleżanki i mówią, że chciałyby takich czekoladek więcej, kupią, mają pieniądze. Brat im dał, co miał, a one rzuciły się na to i rozszczebiotały, zupełnie jak wróbelki, które zimą znajdą końską kupę.

I nagle ta barmanka z tatarskiego sowchozu spojrzała na nas i mówi: „Wybaczcie, myśmy tutaj zdziczeli w tej głuszy, całkiem jakbyśmy nie byli w Europie”.

Jednak Rosjanie się nie buntują i stoją za Putinem – w tej ich Europie.

– Mają poczucie, że niedole, które ich spotykają, są wynikiem upadku Związku Radzieckiego. Mają prawo nostalgicznie myśleć o czasach, kiedy byli pewni swego. Myśmy przeszli przez transformację, o której jestem dość krytycznego zdania, ale mogliśmy liczyć na rekompensatę – jest ciężko, za to mamy wolność, zrzuciliśmy z karku moskiewskie jarzmo. Trudno, żeby Rosjanie tak się pocieszali, wiedzą, że radziecka państwowość była przede wszystkim rosyjska.

Nazywają Putina „sobiratiel ziemiel” – ten, który zbiera ziemie. Jak Iwan Kalita czy Iwan Groźny odzyskuje terytoria, które kiedyś były w rękach Rusi. Myślę, że znaczna większość Rosjan daje się Putinowi posłusznie, a nawet entuzjastycznie prowadzić, bo ma poczucie, że Putin podnosi Rosję oraz ich samych z kolan. Właśnie z tego powodu retoryka antyunijna i antyamerykańska jest dla nich do przyjęcia, a nie dlatego, że lubią ulegać propagandzie.

Pan by porównał Putina do Iwana Groźnego?

– Nie, jestem historykiem mediewistą, mnie się takie porównania nie trzymają. Podobnie jak nikogo bym nie porównał do Kazimierza Wielkiego ani Bolesława Chrobrego.

A do Hitlera?

– Powstrzymałbym się od takich epitetów, są niemądre. To wywołuje u Rosjan reakcję agresywną.

Nie daje im do myślenia?

– Ale my tego nie piszemy do Rosjan, nie piszemy tego również do naszych zachodnich partnerów, oni nie czytają naszych gazet. My to piszemy dla siebie, żeby sobie ulżyć. Jeżeli chcemy, żeby to dotarło do naszych europejskich partnerów, to proszę im to mówić przy drzwiach zamkniętych, a nie w gazetach. Do mas rosyjskich dotrze tylko tyle, że Polacy są jak zawsze przewrotni i zdradzieccy. Tak jak my mamy stereotyp Ruskiego – azjatyckiego chama, tak oni mają stereotyp przewrotnego, zdradzieckiego Polaczka – to już było u Gogola i Dostojewskiego, chociaż ten drugi sam był polskiego pochodzenia.

A pan myśli po polsku czy po rosyjsku?

– Po polsku, ale potrafię i po rosyjsku. Żona mówi, że rano pierwsze słowa wymawiam po rosyjsku. Nie zawsze są to słowa cenzuralne, bo czasem coś mi strzyka.

Kiedy wraca rosyjski?

– Moja mama, która świetnie mówiła i pisała po polsku – redagowała polskie wydanie dzieł Czechowa i przetłumaczyła na rosyjski „Lalkę” Prusa – w Rosji rozmawiała ze mną naturalnie po rosyjsku, ale po naszym przyjeździe do Polski w 1945 r. już po polsku. Tylko gdy była wzruszona albo zdenerwowana, przechodziła na rosyjski. Pozostał dla niej językiem emocji. Dla mnie językiem emocji jest polski, tak naprawdę dobrze kląć umiem tylko po polsku. To w znacznej mierze wynik mojego wykształcenia więziennego. Jak już klnę, to według reguł, pewnych słów nie używam – takich, które kojarzą się z obsesją seksualną, na tym oparta jest grypsera. Jak słyszę, że mówią „kurwa” bez dodawania „twoja mać”, to jest to tak zwany bluzg.

A „Ruscy” pan mówi?

– Jacek Kuroń czasem używał słowa „Ruscy”, ja wolałem nie. Może mi się zdarzyło, ale miałem poczucie niestosowności. To deprecjonujące w polskim języku.

Walczył pan jako Polak z władzą radziecką. Jak pana tam postrzegają?

– U nich też byli tacy, co walczyli, ale nieskutecznie, póki nie przyszedł Gorbaczow, który niechcący obalił Związek Radziecki. Tak bywa z carami, że niechcący dokonują epokowych rzeczy. Byłem w Rosji kilka razy po 1989 r., bo wcześniej tylko w 1956; potem nie jeździłem, bałem się, że mnie nie wypuszczą z powrotem, tylko wezmą jak swojego. Traktują mnie z zainteresowaniem. Jestem jak egzotyczny ptak.

Powyborczy remanent z PKW

 

      Wybory samorządowe przeprowadzone 16 listopada 2014 roku, to wybory jakich jeszcze nie mieliśmy w wolnej, demokratycznej Polsce. Instytucja Państwowej Komisji Wyborczej (PKW), która jest najwyższym organem wyborczym właściwym w sprawach przeprowadzania wyborów
i referendów  okazała się niewydolną i niesprawną. W konsekwencji zastosowania nieprzygotowanego i nie do  końca przetestowanego systemu informatycznego nastąpiło tygodniowe opóźnienie
w ogłoszeniu wyników wyborów. Według przewodniczącego PKW sędziego Stefana Jaworskiego niesprawność systemu informatycznego „nie wpłynęła na rzetelność przeprowadzonych czynności wyborczych i respektowanie gwarancji określonych w Kodeksie wyborczym”.

W nowoczesnym, demokratycznym państwie prawnym, jakie gwarantuje nam Konstytucja,  stan rzeczy z jakim mieliśmy do czynienia w czasie ostatnich wyborów jest już nie do zaakceptowania przez społeczeństwo. Zostało nadszarpnięte zaufanie społeczne do instytucji wyborów
a fundamentalne prawo obywateli do wyboru swoich przedstawicieli do organów stanowiących samorządu terytorialnego wystawione na niepotrzebne negatywne emocje.

W związku z powstałą sytuacją, jeszcze przed ogłoszeniem wyników wyborów, podniósł się polityczny jazgot inspirowany przez partie opozycyjne, głównie przez  Prawo i Sprawiedliwość, które twierdziło, że wygrało wybory, a są one sfałszowane. Podobnie twierdzili przedstawiciele Kongresu Nowej Prawicy. Dołączył do tego Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz niektóre komitety wyborcze w kraju podważając pracę wszystkich członków Komisji wyborczych. Nie sprzyjało to jakiejkolwiek analizie zaistniałej sytuacji i przesuwa w czasie wyciąganie właściwych włosków w celu poprawy i nie dopuszczenia do podobnej sytuacji w przyszłości. A przecież w najbliższym czasie,
w styczniu  roku 2015 trzeba będzie przeprowadzić wybory uzupełniające do Senatu a następnie wybory Prezydenta RP i wybory parlamentarne.

A wnioski z tych wyborów nasuwają się same. Skoro jeden z elementów demokratycznego państwa prawnego okazał się niesprawny, to trzeba to jak najszybciej zmienić i go wzmocnić. Przecież ustrój naszego państwa opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej. Zapewnić ma to między innymi właściwa organizacja państwa
i jakość legislacji. Nie stać nas już na dziadowskie państwo, byle jakość ustawową i opóźnione rozporządzenia. Nie ma na to czasu i przyzwolenia.

Zatem logicznie myśląc i działając należy wzmocnić Państwową Komisję Wyborczą poprzez:

– wniesienie do Konstytucji zapisu potwierdzającego, iż jest to najwyższy organ wyborczy gwarantujący właściwą realizację wyborów i referendów, co skutecznie powinno odstraszyć politycznych harcowników przed majstrowaniem i zaklinaniem rzeczywistości powyborczej,

– podniesienie odpowiedzialności władzy sądowniczej i usprawnienie współdziałania władz,

– jak najszybsze przeprowadzenie zmian organizacyjnych i personalnych w PKW oraz zwiększenie kompetencji jej przewodniczącego,

– przeprowadzenie nowelizacji Kodeksu wyborczego,

– wprowadzenie kadencyjności PKW,

– jak najszybsze wdrożenie sprawnego i sprawdzonego programu informatycznego, który będzie mógł właściwie obsługiwać przyszłe wybory i referenda,

– poprawę komunikacji społecznej PKW ze społeczeństwem.

Przy okazji tych ostatnich zdarzeń ponownie pojawił się problem związany z zamówieniami publicznymi, gdyż prawo zamówień publicznych nie wytrzymało kolejnej próby. Ta nasza systemowa niemoc legislacyjna musi być wreszcie ustawowo usprawniona tak, aby wreszcie skończyć z terrorem  najniższej ceny, a ostateczne decyzje przetargowe kierowały się logiką wieloaspektową i cechowały się większą odwagą i determinacją, a nie wieczną asekuracją stołkową.

Ale żeby w przyszłości , w demokratycznym państwie prawnym, można było uwzględniać poglądy jak największej reprezentacji wyborczej, trzeba pilnie pracować nad budową wyedukowanego społeczeństwa  obywatelskiego. W tym celu niezbędne jest wprowadzenie ogólnodostępnego, darmowego, szerokopasmowego internetu, co przyniesie rozwój gospodarczy i przyśpieszy edukację na każdym poziomie. Jak bowiem wynika z opublikowanych ostatnio przez OECD analizy poświęconej edukacji i nowym technologiom,  co drugi dorosły w naszym kraju nie ma podstawowych umiejętności informatycznych. Nie dziwi zatem, iż w czasie wyborów, wobec braku wiedzy, wielu wyborców miało problemy decyzyjne w procedurze wyboru przedstawicieli do sejmików wojewódzkich i powiatów.

Ponadto trzeba się zastanowić czy nie warto wprowadzić obowiązkowego udziału w głosowaniach i referendach co w aktualnych polskich warunkach może być zbyt kontrowersyjne i trudne do przyjęcia.

Może zatem szok powyborczy, który zafundowano wyborcom, przyczyni się do wzmocnienia naszych ustrojowych wartości i przyśpieszy tempo i jakość prac legislacyjnych parlamentu. Następne wybory przecież  już  tuż, tuż.

Krzysztof Wiecheć – Unia Pracy Opole

I po wyborach…

Kurz bitwy wyborczej opadł i odsłoniła się rzeczywistość. A jest ona mniej  ciekawa od oczekiwanej. Unia Pracy w tegorocznych wyborach samorządowych startowała w ramach Koalicyjnego Komitetu Wyborczego SLD Lewica Razem,   a nieliczni nasi członkowie  z własnego, bądź obywatelskich komitetów wyborczych. Wynik wyborczy koalicji nie napawa optymizmem, jako że jest       o wiele niższy od tego sprzed czterech lat. Wówczas było to 15%, dzisiaj poniżej 9 %. W skali kraju unici otrzymali jedno pierwsze miejsce w Wielkopolsce i dwa drugie miejsca, w Łodzi i Jeleniej Górze. Mandat radnego Sejmiku  Wielkopolskiego uzyskał kol. Waldemar Witkowski z bardzo dobrym, czwartym wynikiem w całym okręgu, natomiast kol. kol. Ewa Kralkowska i Elżbieta Zakrzewska utrzymały drugie pozycje. Inni nasi dolnośląscy sejmikowi kandydaci  przesunęli się w górę listy, np. Anna Rusin z szóstej na trzecią pozycję.                                                                                                                              Na niższych szczeblach samorządu nasi kandydaci uzyskali mandaty radnych powiatowych, miejskich i gminnych. Radnymi powiatowymi zostali: w Głogowie – Jeremi Hołownia, w Legnicy – Aleksander Kostuń, w Jeleniej Górze – Grzegorz Rybarczyk. Radnymi miejskimi:  w Legnicy – Ignacy Bochenek, w Lubaniu Jan Lange, w Kowarach – Krystyna Konieczna i Kamila Pędziwiatr z komitetu wyborczego Elżbiety Zakrzewskiej. Radnym gminy Podgórzyn został wybrany Bogusław Ostrowski. Startującej z własnego komitetu wyborczego na burmistrza Kowar nie powiodło się w II turze wyborów, mimo, ze I turę wygrała zdecydowanie.                                                                                                               Reasumując należy stwierdzić, że kandydaci Unii Pracy spełnili oczekiwania,   co uwidoczniło się w liczbie zdobytych głosów i utrzymaniu, bądź przesunięciu się w górę list wyborczych.  Szczegółową ocenę przebiegu i wyniku wyborów dokonają poszczególne instancje terenowe Unii Pracy i Zarząd Wojewódzki Partii.

Administrator